7

Wytowno

 

Część Druga

Część Trzecia  

Część Czwarta  

Część Piąta      

CzęśćSzósta               

Część Siódma    

Część Ósma

Część Dziewiąta

Część Dziesiąta

Część Jedenasta

Część Dwunasta

Część Czternasta

Powrót do Początku

 

“Który skrzywdziłeś człowieka prostego  śmiechem nad krzywdą  jego wybuchając.   Nie bądź   bezpieczny, poeta pamięta.   Możesz go zabić --- narodzi się nowy.   Spisane będą czyny  i rozmowy.”  Czeslaw Milosz

MOJA ALMAMATER, SZKOŁA PODSTAWOWA ---WYTOWNO

Część  Sódma

 Wytowieńskie Pogotowie Szkolne.
 Naprzeciw  Szkoły znajdował się  sklep spożywczy, w którym sprzedawano przez lata  wódkę, piwo i tanie wino.  Sklep stanowił subkulturę wytowieńską. Często od   godziny otwarcia sklepu do jedenastej przed południem  dzieci szkolne mogły obserwować dobrze pijanych mieszkańców Wytowna.  Niejeden z nich  zamarzłby  na śniegu gdyby nie  wózeczek szkolny,  na  który kładziono delikwenta i zawożono go do  domu.

Zdesperowana Pani Aleksandra  skontaktowała się z księdzem (agentem) Radtke.  Prosiła  aby przemówił do ludzi. Przecież on doskonale wie, że to nie była decyzja  lub nawet sugestia  pana Pawła. Decyzja taka  podjęta została przez  władze powiatowe. " Na to Radtke odpowiedział, ze  on nic takiego nie może zrobić". Niech mąż napisze oświadczenie, to je odczytam w niedziele z ambony.   Oświadczenie było odczytane, a brzmiało ono ogólnikowo:
„ Do mieszkańców wsi Wytowno. Decyzja o zamianie  budynku szkoły na budynek plebani nie była  decyzj
ą  ani sugestią  moją ".   [...].  Jakie tam słowa jeszcze były  trudno po tylu latach pamiętać. Agent Radtke, dostarczył ten papier jeszcze tego samego dnia, do Komitetu Partii w Słupsku. 


  Chłopcy (synowie), uczniowie liceum  odrabiali właśnie lekcje w jadalni.   Pan   Paweł parzył   na drzewko (dąbek), który się zasiał w żywopłocie i akurat wyrósł, gdy urodził się jego najstarszy syn. Chłopcy    pozakładali na nim domki dla ptaków. Na wiosnę kilka z nich tam się   gnieździło.  Rozmyślania przerwał mu  odgłos silnika samochodowego. Pod tym   właśnie dębem zaparkowało niebieskie auto i  wysiadło z niego czterech ludzi.  Jednym z nich był - kulawy Kacyk-Alfons, a  inni  (podejrzewam) pierwszy   sekretarz  KP PZPR i  inspektor  oświaty.  Czwartym  musiał być ubek.  Wyrzucili   chłopców z jadalni i  zatrzasnęli drzwi. Przez zamknięte drzwi słychać było  krzyk  Władysława Stępnia ( tego wielkiego  „przyjaciela chłopów"), " HOŁOCIE WIEJSKIEJ  SIĘ PAN MUSI TŁUMACZYĆ!"
Chodziło o list odczytany z ambony.  Krzyki i groźby trwały  około godziny.  Pan Paweł Kolasinski został pozbawiony wszelkich tytułów, społecznych i   zawodowych oraz  zwolniony z pracy.  Następnego dnia  szkoł
ę  miał przekazać   towarzyszowi, Żabińskiemu,  partyjnemu nauczycielowi z Ustki.  Nakazali mu   tez zdjąć we własnym domu wszelkie insygnia wiary katolickiej. Zagrozili  czymś  jeszcze i kazali coś podpisywać. "bo jak nie to my znamy inne metody" - krzyczał Stępień. 

Mijały dni.  Państwo Kolasińscy próbowali  uzyskać jakąś  pomoc od kogokolwiek. Przyjaciele się odwrócili, a  kościół nie zajął  żadnego stanowiska. Szykanowanie rodziny  było eskalowane i podsycane przez agentkę panią Rzepecką , gospodynie księdza. Pan Paweł pojechał do Warszawy  szukać  pomocy w Prokuraturze Generalnej i  w Związku Nauczycielstwa  Polskiego. Wszędzie odprawiono go z kwitkiem.  Jeszcze w podroży towarzyszył mu  „ anioł stróż”,  ubek ze Słupska.
Zaskakujące było jak oni docierali do wielu informacji, zanim co
ś było postanowione.   W kuchni państwa Kolasińskich był  głośnik. Radio było transmitowane z Ustki.  Czasami dziwnie się  wyłączało właśnie w czasie obiadu.  Zastanowiło to syna pana Pawła. Zrobił zatem doświadczenie. W swoim pokoju na górze podłączył kabelki do radia tam gdzie zwykle gramofon się podłącza. No  i zaskoczenie. W radiu  było wyraźnie słychać  podśpiewującą dziewczynę  i stukanie mytych talerzy. To  jedna z córek pana Pawła śpiewała sobie  zmywając  naczynia w kuchni.   Zostało to zademonstrowane panu Pawłowi. 

Od tamtej pory rozmowy, modlitwy w domu pana Pawła odbywały się szeptem. Głośno się mówiło to, co podsłuchiwacze winni wiedzieć.   Mimo, ż zabroniono wszelkich praktyk  wiary katolickiej, cała rodzina zbierała się wieczorem na modlitwę w gabinecie pana Pawła.  Tam stał ołtarzyk z krzyżem i szeptem odmawiano różaniec. W tym okresie nie wolno było Panu Pawłowi chodzić do kościoła.  Słuchał mszy polskiej przez radio z Paryża, gdzie kazania  wygłaszał ks. Skurczynski, kolega Pana Pawła ze  studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Nie było wówczas człowieka, który nie bał  by się pana Władzia, zwanego  "kulawym".  Dawni "przyjaciele" nie zauważali Pana Kolasińskiego  na ulicy. Czasem tylko komentowali "Ten kulawy to jest zły na pana".  Dawny uczeń  Zdzisio  ( teraz pierwszy sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej w PGR)  przypomniał Panu Pawłowi, ze to pianino, które stało  u państwa Kolasińskich  od roku 1947,  (stare, zepsute -  zabrane z jakiegoś rozwalonego w czasie działań wojennych domu,  które uczniowie  ofiarowali Panu Pawłowi)  teraz musi być oddane szkole. Serce mu pękało,  bo grał na nim od lat, naprawiał,  zapłacił za strojenie. Zabrano mu tę ostatnią rzecz, którą  tak pielęgnował przez cale lata.

 Nastepna