Powstaniec Warszawy 1944
Opowiadania Ojca
Paweł Kolasiński--
pseudonim Paweł Rom
Batalion Baszta Warszawa Mokotów (spisal Janusz Kolasinski)
Opowiadanie pierwsze
Wiosną 1944 roku Paweł zamieszkał na Żoliborzu w Warszawie, gdzie urządził sobie mieszkanko na czwartym piętrze. Przywiózł ze Lwowa dosyć pokaźną biblioteczkę, nabył małą maszynę do pisania Mercedes. Musiał się zameldować w urzędzie niemieckim, co nie było takie łatwe. Urzędniczka pytała o miejsce urodzenia.
- Pan wpisał tu „Rzeczpospolita Polska”. Ja muszę to zmienić zgodnie z wymogami niemieckimi — powiedziała. Wyraźnie spodobała jej się odwaga Pawła.
Wieczorem do mieszkania Pawła zapukała sąsiadka, pani doktorowa.- Niech pan przyjdzie do nas. Chciałabym, by pan poznał naszych przyjaciół.Gdy weszli do mieszkania, był tam mężczyzna. Przedstawił się jako ppłk Karol (Józef Wacław Rokicki) z Mokotowa z pułku „Baszta”. - Podchorąży Paweł Kojen? Jestem pańskim dowódcą Podziemnej Armii Krajowej. Od dziś jest pan podchorąży Paweł Rom. Tu są pańskie nowe dokumenty — oznajmił ppłk Karol.Wtedy do pokoju weszła piękna dziewczyna.- Hanka jestem, będę pańskim kontaktem — powiedziała z figlarnym uśmiechem i podała mu pakiet, który zawierał pieniądze oraz dwa małe znaczki z aluminium „PR”, które należało umieścić wewnątrz kapelusza. - Musi pan zniszczyć wszelkie dokumenty tożsamości i fotografie, w razie wpadki. Jest pan przydzielony do dowództwa „Baszty” na Mokotowie. Proszę czekać na rozkazy…
— dodał jeszcze dowódca, po czym wyszedł. Niedługo po nim osobno wyszła Hanka.
Paweł stał oszołomiony, zastanawiając się, jak go znaleźli. Dlaczego nie pytali, czy się zgodzi, czy nie.- To ta dziewczyna z biura meldunkowego — pomyślał. Czekał na rozkazy cały czerwiec. Gdzieś w ostatnich dniach miesiąca pojawiła się Hanka. Jak poprzednio z uśmiechem zakomunikowała, że Paweł ma się zgłosić w jakimś budynku na Żoliborzu. Podała mu adres. - Niech się pan nie obawia, to jest w sercu miasta, gdzie mieszkają Niemcy — tam najmniej strzegą — powiedziała i wybiegła na ulicę. Paweł wziął udział w odprawie z dowódcą. Pytano go o broń, o Sowietów zbliżających się do Warszawy. - Co będzie, jeśli Ruscy zostawią nas na pastwę Niemców. Czy mamy tyle broni, by walczyć dłużej — zapytał Paweł. - Czy będą zrzuty? – zapytał inny podchorąży. — Czy polski desant będzie zrzucony? Usłyszeli tylko:- Czekać na rozkazy! Odmeldowali się i pojedynczo opuszczali mieszkanie. Paweł wiedział, że lada dzień będzie musiał się zameldować w „Baszcie”. Tymczasem dni tego lata 1944 roku upływały powoli. Na ulicy można było zobaczyć jakąś nadzieję. Jak wielkie znaczenie miało wtedy bycie Polakiem, walczenie z obrzydłym okupantem. Tramwaje w mieście były zatłoczone. Miejsca w środku tramwaju przeznaczone dla Niemców odgrodzone były łańcuchem z napisem „Nur für Deutsche”.
Pewnego dnia jakiś wyższy oficer niemiecki zdjął łańcuch i powiedział „Bitte” („Proszę s…”). Jednak nikt z zatłoczonych części tramwaju nie ruszył się. Zmieszany oficer wysiadł na następnym przystanku. Paweł starał się po prostu przeżyć. Kiedyś wychodził z bramy budynku i na ulicy natknął się na łapankę. Cofnął się i wtedy Niemiec strzelił do niego. Jednak przez podwórze udało mu się zbiec. Przy okazji drugiej łapanki na ulicy, w którą właśnie skręcił, teoretycznie nie było mowy o ucieczce. Przypomniały mu się wtedy słowa matki Florentyny: „Nigdy nie patrz Niemcom w oczy”. Nie patrząc na Niemca z automatem, z zaciśniętymi zębami śmiałym krokiem koło niego przeszedł. Pierwszy go nie zatrzymał. Pozostali po zęby uzbrojeni Niemcy też go przepuścili. Potem mówił, że będąc w stanie łaski uświęcającej, mógł być świadkiem osobistego i bardzo personalnego cudu. To była jego bardzo osobista część relacji z Bogiem, z której też nikomu się nie zwierzał.
Doktor w randze majora wojska polskiego i jego żona polubili Pawła jak własnego syna. Często u nich bywał i tam się już głośno mówiło o wybuchu powstania warszawskiego. Był już koniec lipca 1944 roku, gdy wieczorem do państwa doktorów weszła Hanka, tym razem była bardzo poważna, aż czarująca przy tym. - 1 sierpnia, godzina 16: 00, na stanowisku w dowództwie na Mokotowie!- Nareszcie! — pomyślał Paweł.
Od tygodni Warszawa żyła nadzieją. To był jakby nakręcony zegar, którego już się nie dało zatrzymać. Bomba musiała eksplodować o odpowiedniej godzinie. Napięcie wewnętrzne było olbrzymie. Zamiast karabinu butelka z benzyną…
Opowiadanie Drugie
Opowiadanie Trzecie